„Widzę Cię”! Sauron naszych czasów

 

W sieci chętnie udostępniamy nawet najbardziej prywatne dane – numery PESEL, wysokość wynagrodzenia, informacje o stanie zdrowia. Nie łudźmy się, te informacje są skrupulatnie wykorzystywane. Jak najbardziej sprecyzowane targetowanie to klucz do złapania klienta. Uchylę rąbka tajemnicy marketingowców, śledzących każdy Twój ruch w sieci.

Żyjemy w świecie opętanym technologią. To fakt i nie ma co z nim dyskutować lub się na niego oburzać. Dzieci wsiąknęły już w świat wirtualny, dorośli się już nie opierają. Większość naszych kontaktów, decyzji a także spory odsetek aktywności zakupowych odbywa się w sieci. Żyjemy szybciej i wygodniej, więc nie ma co się obrażać na wszędobylską technologię. To, że nasza prywatność w sieci jest zagrożona, jest już jasne dla każdego użytkownika. Pomimo wielu instytucji, które nawołują do jej ochrony, tylko od samego zainteresowanego zależy, co w tym kierunku zrobi. Nie ma się co oszukiwać, większość z nas nie robi nic. Część dlatego, że nadal nie jest świadoma zagrożeń (i właśnie dlatego gorąco wspieram wszelkie działania, które dążą do uświadamiania w tym zakresie, szczególnie ludzi młodych), ale spory odsetek dlatego, że zwyczajnie ma to w nosie.

Udostępnianie imienia, nazwiska, prywatnych zdjęć czy adresu e-mail a nawet numeru telefonu przeszło już do porządku dziennego. Jednak to nie jedyne informacje, które niefrasobliwie udostępniamy. Publikujemy zdjęcia z aktualnego miejsca pobytu i meldujemy, gdzie jesteśmy. Z badania IAB Polska z 2013 roku wynika, że blisko 14% internautów udostępniło w sieci swój numer PESEL, 12% wysokość wynagrodzenia a 7,5% numery dokumentów. Biorąc pod uwagę, że wzrasta chęć dzielenia się swoją prywatnością w sieci można podejrzewać, że zaobserwujemy trend wzrostowy w tym względzie.

Nie nad naszym brakiem poszanowania dla własnej prywatności będę dziś ubolewać. Tą kwestią zajmują się porządnie instytucje pozarządowe, które biją na alarm przy każdej okazji. I chwała im za to. Dziś powiem wam o tym, jak każdy strzępek informacji o was wykorzystują firmy w celu wyśrubowania sprzedaży.

***

Wśród marketingowców panuje obecnie trend „nie pokazuj klientowi, jak wiele o nim wiesz”. Bo wiedzą o nas więcej, niż może nam się wydawać. Trend ten rozwinął się dzięki wpadce jednej z firm, która swoich potencjalnych klientów, a właściwie klientki, wystraszyła, pokazując, że wie o nich więcej niż one same o sobie.

Jedna z firm, zajmujących się sprzedażą artykułów dla niemowląt i kobiet w ciąży pokusiła się o podkręcenie swojej sprzedaży dzięki takim mechanizmom, ułatwiającym targetowanie, które zbierały informacje na temat zachowań konsumenckich kobiet. Dzięki obserwacji zachowań kobiet wyłonili takie, których zachowania znacząco się zmieniły, co mogło wskazywać na ciążę. Niemożliwe? Wręcz przeciwnie, takie badania są bardzo popularne i oferowane przez wiele firm zajmujących się badaniami target.

Oto cytat ze strony jednej z firm, oferujących takie badania (specjalnie nie odsyłam do źródła, by nie podawać nazwy firmy):

„Przygotowania do urodzin dziecka to czas ogromnych zmian w życiu każdej kobiety. W ciąży zmianie podlega wszystko, w tym również zwyczaje konsumpcyjne:

  • Szybki wzrost wydatków konsumpcyjnych
  • Zmiana marek i testowanie produktów
  • Poszukiwanie informacji, przemyślane decyzje zakupowe
  • Docenienie wartości marki, lojalność w stosunku do marki

Korzystając z naszej bazy, możesz z łatwością dotrzeć z badaniem do kobiet w ciąży. Przyszłe matki, które zapisały się do naszej bazy z chęcią podzielą się z Tobą swoimi opiniami na temat Twoich usług i produktów.”

Firma, o której mówiliśmy wcześniej, skorzystała z opcji targetowania kobiet w ciąży i wysłała mailing do kobiet, u których prawdopodobieństwo ciąży było wysokie. Kampania e-mail okazała się klapą nie ze względu na złe targetowanie, a paradoksalnie na zbyt dobre targetowanie. Mail rozpoczynał się od informacji gratulującej ciąży i zawierał oczywiście zajawkę asortymentu sklepu, który w tę reklamę zainwestował. I tu właśnie zaczyna się upiorność tej kampanii. Część kobiet, którym firma gratulowała poczęcia nie zdawała sobie sprawy, że jest w ciąży, inna część nie powiedziała o tym nikomu. Niektórym przyszłym mamom serce podeszło do gardła, bo czyż sytuacja, w której jakaś firma wie o Twojej ciąży, a partner nie został o niej jeszcze poinformowany nie jest przerażająca? Krąży legenda, że firma zanotowała także przypadek odebrania maila przez ojca nastolatki, który urządził przedsiębiorcy piekło, po czym wycofał się z tego, bo córka faktycznie była w ciąży.

Powyższy przykład nie jest jedynie miejską legendą. Był przyczynkiem do ukrywania części wiedzy o konsumencie. Mimo tego firmy nadal zbierają o nas wszystkie informacje, po prostu nie ujawniają części z nich. Ostatnimi czasy wśród trendów marketingowych prym wiedzie wdrażanie systemów marketing automation. To spore ułatwienie dla marketingowców i działów sprzedaży, potrafi podkręcić sprzedaż o 300%. Nie ukrywam, pracuję w branży i z tym systemem miałam do czynienia, taka praca. Może dlatego jestem tym bardziej przerażona tym, jak to działa.

Założeniem jest zbieranie informacji, które udostępniamy o sobie w sieci, informacji z naszych urządzeń mobilnych (smartfonów i tabletów) oraz naszych zachowań konsumenckich, zarówno w świecie realnym, jak i wirtualnym. Wszystkie te informacje spływają do systemu i są na bieżąco analizowane. Jesteśmy szufladkowani – albo należy nas jeszcze „doedukować” czyli uświadomić nam, że danego produktu potrzebujemy, albo zostajemy „leadem” czyli zakwalifikowani jako osoby z potrzebą zakupową, albo zostajemy odrzuceni przez system (jest wiele opcji pośrednich, system przyznaje nam punkty, wpadamy w lejek, ale to raczej pojęcia niezbyt ciekawe dla przeciętnego odbiorcy). Na podstawie naszych zachowań w sieci dostajemy spersonalizowany e-mail w czasie, gdy najczęściej zaglądamy na skrzynkę, zniżkę w momencie, gdy nie jesteśmy pewni zakupu, a nawet personalizowane oferty, gdy przechodzimy obok sklepu (aplikacje ściągają nasze dane z wi-fi i GPSa), a kamery w sklepach śledzą nasze ścieżki zakupowe i obserwują jakie produkty wrzucamy do koszyka.

Nie ma się co łudzić. Marketingowy Sauron patrzy nam na ręce i wykorzysta wszystko, co jest w stanie o nas zdobyć. Popularność systemów śledzących rośnie, a same systemy bardzo sprawnie się rozwijają i wykorzystują coraz to nowe technologie, które możemy podpinać w celu gromadzenia danych w systemie. Przerażeni? Świetnie, w takim razie zachęcam do przejrzenia opcji prywatności we własnej przeglądarce i na urządzeniach mobilnych. Obowiązuje zasada im mniej (danych udostępniamy) tym lepiej.

P.S. Do napisania tego artykułu popchnęła mnie reklama, którą dostałam w nocy na maila. Była to reklama BoboVity. Na szczęście z wiedzą, że masowe mailingi do użytkowników Onet Poczty są targetowane chyba przez przedszkolaka, mogę spać spokojnie.

Magdalena Szecówka Wszystkie teksty na moim blogu objęte są licencją CC BY-SA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *